Image and video hosting by TinyPic
Przenosimy bloga!
Link 25.06.2013 :: 00:07 Komentuj (0)
Ponieważ blogspot oferuje mi dużo więcej opcji przenoszę bloga na ten adres. Rozpoczęłam już proces przenoszenia notek, ale z pewnością nie usunę mojego starego adresu, ze względu na komentarze i oczywiście sentyment :). Zapraszam na nową notkę!


Link 23.06.2013 :: 21:14 Komentuj (0)
Dzisiejsza notka będzie tylko opisowa, jutro będę miała wolny dzień, więc z pewnością porobię trochę zdjęć i je opublikuję :).
Na samym początku chcę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona z podjętej decyzji odnośnie wakacji w Stanach. Bardzo lubię ten kraj, teraz odkrywam go na nowo, jako dojrzalsza dziewczyna i doceniam wszystko bardziej, niż kiedy byłam na wymianie. Tym razem mam świadomość, że wracam do Polski już za trzy miesiące, a nie za 10 miesięcy. W tak krótkim czasie, mam nadzieję że zdążę się nacieszyć Ameryką, ale nie będę jeszcze tęsknić za Polską.
Jak spędzam czas na campie? Przede wszystkim należy pamiętać, że przyjechałam tutaj nie tylko do pracy, ale również żeby się bawić, poznawać nowych ludzi, zrozumieć jeszcze lepiej amerykańską kulturę i cieszyć się życiem! Moja praca polega na pomocy przy szykowaniu posiłków, sprzątaniu stołówki, kuchni i to właściwie tyle. Pracuję w sumie jakieś 8 godzin dziennie. Dopiero dzisiaj przyjechały dzieciaki na obóz i zaczyna się najgorsza harówka. Ale nie spełniam swojego Amerykańskiego Snu stojąc na zmywaku! Oprócz tego, że mam obowiązki, camp zapewnia też trochę rozrywki.
Na moim campie sytuacja wyglądała następująco; w okolicach 14-17 czerwca pracownicy z całego świata przylecieli do USA. Mamy dziewczynę z Kolumbii, dwie z Niemiec, kilka Polek, sporo Brytyjek. Wszystkie opiekunki dzieciaków i załoga kuchenna to dziewczyny w granicach 19-24 lat. Przez tydzień zapoznawałyśmy się z zasadami naszej pracy, organizowałyśmy się, szykowałyśmy obóz na przyjazd dzieciaków i oczywiście integrowałyśmy się. Był wspólny wypad do supermarketu (wielkie wydarzenie!), wycieczka na lody, innego wieczoru do pizzerii. 
Wczoraj spędziłam najprzyjemniejszy wieczór odkąd tu przyjechałam. Wyszykowałyśmy się z dziewczynami, ubrałyśmy lepsze rzeczy i poszłyśmy do domku naszego szefa kuchni. Zebrało się około 12 osób, oglądaliśmy mecz, siedzieliśmy do późna przy ognisku i słuchaliśmy muzyki. Nie brakowało tematów, jedzenia i picia.
Ponieważ nie mam 21 lat (kończę na koniec sierpnia) nie mogę poruszać na blogu kwestii alkoholu. Nie powinnam pić, ani przebywać w otoczeniu pijanych osób niepełnoletnich.
Pracuję w żeńskim obozie, ale spokojnie. Koło mojego domu zaczyna się teren drugiego obozu, tym razem tylko męskiego. Wieczorami chodzi się do lasu, siada przy ognisku i oba obozy się integrują. Miło, prawda? :) Mam stały dostęp do internetu, już drugiego dnia całkowicie przyzwyczaiłam się do warunków i czuję, że trafiłam we właściwe miejsce. 
Trudno nawiązać mi kontakt z Brytyjkami, ponieważ nie mogę zrozumieć co do mnie mówią, ze względu na akcent. Szukam więc kontaktu z Amerykanami i póki co osiągam sukces. Życzę Wam wszystkim odwagi do spełniania marzeń, ponieważ naprawdę warto. Następna notka już jutro, a teraz czas na małą drzemkę po nieprzespanej nocy :).
Jess.


Merriwood Camp!
Link 19.06.2013 :: 03:50 Komentuj (1)
No i udało się! Dzisiaj nadaję z campu Merriwood. Nie będę się rozpisywać, ale wrzucę kilka zdjęć campu. Jestem już zmęczona, zmiana czasu daje o sobie znać. Pracy jest dużo, jutro muszę się zjawić w kuchni o 7:30. 
Enjoy :)

Wylądowałam w Bostonie.




Nasz domek :)



I teren obozu :)






Dżesika.


Jedziemy!
Link 31.05.2013 :: 01:37 Komentuj (1)
Czy wierzycie w cuda? Ja tak! Kiedy już myślałyśmy, że się nie uda, że wakacje spędzimy osobno, stała się niesamowita rzecz! Owszem, będziemy osobno, ale przynajmniej na tym samym kontynencie! Przedstawiam wszystkim:


Sylwia - Georgia              Basia - California                 Dżesika - New Hampshire!


Chcę jechać do USA, co dalej? "High School"
Link 15.05.2013 :: 00:27 Komentuj (0)
Mam wielu znajomych, którzy
bardzo chcieliby pojechać do Stanów Zjednoczonych. Bardzo często cel nie jest
łatwy do osiągnięcia, ale umówmy się, wykonalny. Tą notkę piszę tylko i
wyłącznie na temat USA, ale podobne zasady dotyczą wyjazdów do Brazylii,
Australii czy Irlandii. Każde państwo, biuro czy organizacja rządzą się jednak
swoimi prawami i trzeba o tym pamiętać planując wyjazd. Zamierzam dodać kilka
postów odnośnie takich wyjazdów. Zapraszam na część pierwszą.



W różnym wieku przysługują nam
różne możliwości ograniczone wyłącznie naszymi możliwościami finansowymi. Mając
16-18 lat, najłatwiej jest wyjechać na program wymiany kulturowej i być foreign exchange student, tak samo jak
ja w roku szkolnym 2009/2010. Ostatnio ponownie zaczęłam się interesować tym
rodzajem wymiany. Zacznę od najtańszej wg mnie wersji – Rotary (więcej
informacji tutaj ).
Całkowity koszt jednak ciężko ocenić, ponieważ tak jak podaje strona ustala się
go na podstawie tego, z czego skorzystamy na miejscu, ale unikamy ogromnej
kwoty jaką musimy zapłacić do biura i agencji. Kolejną ofertę, którą proponują
biura pośredniczące pomiędzy nami a organizacjami amerykańskimi, stanowią
wymiany na podstawie wizy J-1. Podaję link do biura Perfect, ponieważ to z nimi
załatwiałam wszystkie formalności w sprawie wyjazdu.
Sprawdzając tegoroczne propozycje złapałam się za głowę, ponieważ ceny wzrosły
ogromnie! Ja szacowałam całkowity koszt wyjazdu na 20 tys. (z przykrością
stwierdzam, że wyszło więcej przez kieszonkowe). Teraz już na samym wstępie
musimy zapłacić ponad 19 tys. – w zależności od ceny dolara – nie wliczając w
to ceny biletu, opłaty za SEVIS, czy kieszonkowego. Można też wybrać droższą,
pewniejszą wersję. Decyzja zależy od nas, a właściwie od naszych rodziców.
Najdroższą i zarazem najbardziej ekskluzywną opcją jest wyjazd na podstawie
wizy F-1. Można wybrać spośród trzech możliwości. Załączam tekst z tej strony:




Boarding
school



Są to prywatne szkoły
średnie z internatem. Szkoły te słyną z wysokiego poziomu nauczania, szerokiego wyboru zajęć pozalekcyjnych, dobrych warunków mieszkaniowych ifachowej kadry pedagogicznej. Wszystko to sprzyja
rozwojowi osobowości i zainteresowań uczniów oraz przygotowaniu ich do nauki na najlepszych amerykańskich uniwersytetach.



Cennik



Private
day school



Prywatne szkoły średnie
dają możliwość uzyskania High School Diploma oraz
aplikowania na amerykańskie uniwersytety. Oferują szeroki wybór zajęć pozalekcyjnych oraz przedmiotów. Uczniowie,
którzy wybiorą te szkoły będą zakwaterowani u amerykańskich rodzin
goszczących
.



Cennik



Public
school



Szkoły publiczne,
oferują niższe ceny niż prywatne, jednak ze względu na brak dotacji rządu dla
wiz F-1, trzeba płacić czesne. Zaletą jest natomiast możliwość wybrania odpowiedniej szkoły, otrzymania High School Diploma i mieszkania wdużym, wybranym przez siebie, atrakcyjnym mieście.Uczniowie
mieszkają u amerykańskich rodzin goszczących. Istnieje możliwość zakwaterowania
w Miami u rodzinhiszpańskojęzycznych, co pomoże
uczniowi biegle władać zarówno językiem angielskim jak i hiszpańskim, oraz
przybliży mu kulturę nie tylko amerykańską, ale i latynoamerykańską.



Cennik





Moje wnioski? Jestem wdzięczna, że
załapałam się na młodszy rocznik i atrakcyjniejsze ceny :). Pozdrawiam
serdecznie!



Progres :)
Link 11.05.2013 :: 20:58 Komentuj (0)
Witam wszystkich po dłuższej przerwie :). U mnie wiele zmian! Po pierwsze - dostałam się do programu i w połowie czerwca lecę do USA! Och, marzyłam o tym od dawna. Mam już pewne stanowisko pracy, w przyszłym tygodniu poznam trzy Polki z którymi lecę do tego samego Campu, a moją wizę otrzymałam 8 maja, czyli w zeszłą środę. 
Chciałam wprowadzić małą rewolucję, czyli oprócz tego, że wciąż będę prowadzić tego bloga, to chciałabym również aby powstał mój vlog, czyli relacje kręcone kamerą i dodawane jako filmiki na youtube. Co Wy na to? Powstał już pierwszy filmik, zobaczcie czy podoba Wam się taka forma, jako uzupełnienie do opisów i zdjęć z moich wakacji. Wystarczy wejść tutaj klik
Zamierzam poświęcić kilka postów na to, żeby dobrze opisać program, z którego skorzystam, formalności i tym podobne rzeczy :). 
Należy się też małe wyjaśnienie, dlaczego blog miał przerwę. Szukałam pracy i nie chciałam, żeby mój potencjalny pracodawca wiedział, że planuję taki wyjazd. Teraz kiedy już jestem pewna na 100% że jadę, to powiedziałam już mojej koleżance z pracy, ale do mojego wyjazdu zostało jeszcze pięć tygodni, więc mam nadzieję, że mnie nie wyrzucą, jeżeli zobaczą ten filmik :)


American Camp - Campower!
Link 03.02.2013 :: 14:42 Komentuj (3)
Stało się! Marzyłam o powrocie do Ameryki i chyba znalazłam najlepszą dla mnie z możliwych ofert! Miałam w planach uczestniczyć w programie Au Pair, ale z różnych powodów rozmyśliłam się. Temat jednak non stop powracał do mnie jak bumerang, szukałam różnych możliwości i w końcu zdecydowałam się na ten program:
Jeżeli chcecie się dowiedzieć więcej na temat samego wyjazdu i kwestii organizacyjnych to zapraszam klik. Ja przeszłam już pozytywnie rozmowę kwalifikacyjną, zapłaciłam pierwszą ratę i wypełniłam w 90% moją aplikację. Teraz z niecierpliwością czekam na placement! To właśnie od tego zależy powodzenie całego wyjazdu, ponieważ tak jak poprzednim razem nie ma stu procentowej pewności, że ktoś mnie zatrudni, ale jestem dobrej myśli, przyłożyłam się do mojej aplikacji i jestem już gotowa, no kolejną cudowną przygodę. Camp obejmuje minimum 9 tygodni pracy i czas wolny, w którym zamierzam na własną rękę zwiedzać Stany.
Pozdrawiam Was ciepło, do napisania już niebawem!



The three of us - Happy New Year!
Link 01.01.2013 :: 19:21 Komentuj (3)
Koniec roku przynosi wiele refleksji. W myślach robimy listę co nam się udało, nad czym trzeba jeszcze popracować. Mi niewątpliwie udała się jedna rzecz - moi przyjaciele. Od dziecka przyjaźnię się z Kasią, nasza znajomość jest cudowna, ponieważ mimo że nasze małe światy są zupełnie różne, to porozumiewamy się dosłownie bez słów :).
Mam też Basię i Sylwię, a ponieważ jesteśmy na tym samym kierunku, to nawet nie zdążymy się za sobą stęsknić, a już się ponownie widzimy. Mam też przyjaciół z Włoszczowy. To właśnie tam miałyśmy spędzić Sylwestra, ale po dłuższym zastanowieniu postanowiłyśmy zostać we Wrocławiu i spędzić go na spokojnie u mnie w domu. Skąd taka decyzja? Uczelnia wyciska z nas siódme poty. Zbliża się sesja, ale najpierw czekają nas bardzo trudne trzy tygodnie, ponieważ będziemy miały kolokwia i kartkówki ze wszystkich przedmiotów które mamy w naszym planie. Nie pozostaje mi nic innego jak wspominać cudowne chwile które razem spędzałyśmy.

Na początek czas rozrywki po ciężkim i pracowitym tygodniu :).
  








Nasza Wigilia, która odbyła się 22 grudnia, była nietypowa. Puściłyśmy sobie płytę z amerykańskimi piosenkami świątecznymi. Ja ulepiłam pierogi z kapustą i grzybami oraz uszka (no dobra, pomagałam babci przy lepieniu...). Basia przyniosła barszcz i sałatkę. Sylwia postawiła na wspomnienia! W Hiszpanii jadłyśmy naleśniki z Nutellą i bananami, na naszej kolacji powtórzyłyśmy ten deser. Sylwia zaskoczyła nas, ponieważ nie spodziewałyśmy się z Basią tak mało wigilijnej potrawy, ale w końcu to nasza Wigilia i same tworzymy nasze tradycje! Całości dopełniła gorąca herbata i delikatne płatki śniegu za oknem :)





No i nasz SYLWESTER!!












Szczęśliwego Nowego Roku :)


Barcelona!
Link 04.11.2012 :: 00:39 Komentuj (1)

Nie bierzcie tego filmu zbyt poważnie :) Tak jak zauważyła Sylwia, wstałyśmy bardzo wcześnie. Jeszcze przed wyjazdem do Hiszpanii uznałyśmy, że nie wykupimy wycieczki do Barcelony, ale pojedziemy tam same i zwiedzimy ją we własnym tempie. Plan wycieczki był bardzo intensywny, a kontuzja Sylwii nie pozwalała jej na szybkie chodzenie. Z Wrocławia zabrałyśmy przewodniki i mapy (a właściwie dziewczyny zabrały, ja zawsze wychodzę z założenia że wszystko się jakoś samo dobrze ułoży :-). Na dzień przed wyjazdem sprawdziłyśmy na stacji rozkład autokarów. Nic nikomu nie mówiąc wyjechałyśmy pierwszym rannym autobusem. Po godzinie dojechałyśmy do celu i zaczęłyśmy zwiedzanie. Na pierwszy rzut poszła katedra Sagrada Familia. Z początku się zdziwiłyśmy, że nie wygląda tak okazale jak na zdjęciach, dopiero potem uświadomiłyśmy sobie że oglądamy ją od tyłu. Uradowane, z pierwszymi zdjęciami na karcie pamięci ruszyłyśmy PIESZO  do parku Guell, gdzie podziwiałyśmy projekt Antonio Gaudiego. Na najdłuższej ławce zjadłyśmy drugie śniadanie. Sylwia która już zmęczyła trochę swoje kolano usiadła w kafejce, a ja z Basią obeszłyśmy park. Gdy skończyłyśmy, zmęczone zjadłyśmy lody, zregenerowałyśmy siły i poszłyśmy na przystanek autobusowy. Komunikacją miejską miałyśmy wybrać się na najbardziej znaną ulicę Barcelony. La Rambla przez chwilę stała się celem nieosiągalnym. Jadąc autobusem Sylwia wysłuchała rad pewnej przemiłej pani jak tam dojechać. Niestety mówiła ona po hiszpańsku, nie skumała też jak Sylwia jej mówiła że nie rozumie i dalej tłumaczyła jak mamy iść. Zrozpaczona Sylwia kiwała więc głową i próbowała zrozumieć cokolwiek, mimo że w życiu nie uczyła się Hiszpańskiego. Pani wysiadła a Sylwia wyjrzała przez okno i powiedziała, że na pewno jesteśmy blisko bo poznaje już fontannę. Wysiadłyśmy na pętli i z mapą w ręku ruszyłyśmy (jak się później okazało) w zupełnie przeciwną stronę niż nasz cel. Po drodze pytałyśmy się ludzi o drogę, ale oni przeważnie nie znali angielskiego. Po 1,5 godzinie znalazłyśmy młodą kobietę, która wytłumaczyła nam, że mogłyśmy krążyć po mieście, bo są dwa miejsca o takiej nazwie i ludzie mogli nas na zmianę wprowadzać w błąd. W sumie od opuszczenia bram parku do dotarcia na La Ramblę minęło 2 godziny. Szybko minęły nam złe humory, Sylwia poleciała pobuszować w sieciówkach, a ja i Basia odkrywałyśmy uroki kulinarne Barcelony. Jadłyśmy ośmiornice, krewetki, różne rodzaje kiełbas i owoce. Nie zapomniałyśmy też o tradycyjnych słodyczach, które smakowały dokładnie jak te, które zawsze jadam w Turcji. Kupiłyśmy sobie koszulki "I love Barcelona". Jestem mistrzem targowania się. Rekord pobiłam w Turcji, gdy zeszłam z 50 euro do 10, ale w Hiszpanii też ubiłam niezły interes, bo zamiast płacić 15€ za sztukę, zapłaciłam 7€. Byłam bardzo usatysfakcjonowana. O godzinie osiemnastej spotkałyśmy się, poszłyśmy w okolice Dworca Północnego. Po drodze okazało się, że fontanna którą widziała Sywia z autobusu znajduje się na samym początku naszej ulicy.  Przed wyjazdem napiłyśmy się jeszcze drinka. Poprosiłam o Malibu z mlekiem. Barman był tak zdziwiony takim drinkiem, że policzył mi naprawdę mało. Do Lloret wróciłyśmy wykończone, za to bardzo szczęśliwe. Zwykłe zwiedzanie zamieniłyśmy w małą przygodę. Gdy oglądam te zdjęcia w kolejności chronologicznej widzę że wyglądamy gorzej i gorzej, ale mam wrażenie, że z każdą minutą bawiłyśmy się lepiej. 






































P.S. Gdy wróciłyśmy było już ciemno :)



Lloret de Mar
Link 16.09.2012 :: 15:18 Komentuj (6)

Dzisiaj mijają równe dwa tygodnie odkąd wyjechałam z Lloret
de Mar. Powoli przyzwyczajam się do myśli o kończących się wakacjach – tych najdłuższych
w moim życiu. O ile przyszłość stawia przede mną wiele znaków zapytania, to
przeszłość wywołuje delikatny uśmiech na mojej twarzy. Kto z nas nie kocha
wakacji i związanych z nimi egzotycznych przygód? Dziś przedstawię dużo zdjęć z
pobytu w samym Lloret, tematu kolejnego postu jeszcze nie zdradzę :) .

Pomimo że w międzyczasie byłam jeszcze w Warszawie i planuję
ostatni w tym roku wypad na wieś, wakacje w Hiszpanii wspominam z ogromnym
sentymentem. Większość czasu spędzałyśmy w naszym gronie, ale jak sami się
przekonacie po zdjęciach, udało nam się poznać kilka fajnych osób. Kumplowałyśmy
się z chłopakami, którzy mieszkali pokój obok i tak jak my często rozgrzewali
się przed imprezą na balkonie.



Prawie każdy dzień wyglądał podobnie. Nie miałyśmy
wykupionego jedzenia, więc codziennie rano chodziłyśmy po świeże produkty spożywcze.
Dzięki temu udało mi się zasmakować tradycyjnych wędzonych kiełbas, papryk i
innych smakołyków. Po pysznym śniadanku przebierałyśmy się w stroje kąpielowe i
spędzałyśmy dużo czasu nad basenem. Sylwia przed samym wyjazdem miała
niefortunny wypadek, dlatego musiała uważać na swoje kolano i nie obciążać go
zbytnio. Ja i Basia wykorzystałyśmy odrobinę Jakuba i Szymona, którzy przez
kilka ładnych lat trenowali pływanie. Takim sposobem podszkoliłam, a raczej
nauczyłam się na nowo pływać żabką. Opanowałam poprawnie kraula i zawracanie
pod wodą, oraz rozpoczęłam naukę skoku na główkę. Mimo że okazałam się dość odważna,
to wciąż nie zawsze prostuję nogi przy skoku :D . Basia, która sama kiedyś
pływała doskonaliła swojego delfinka. W okolicach siedemnastej zbierałyśmy się
do pokoju i szykowałyśmy do wyjścia na miasto. Na obiad wybierałyśmy
najróżniejsze knajpy, spacerowałyśmy, kupowałyśmy pamiątki. Miałyśmy wykupiony
tygodniowy karnet do największego klubu nocnego – Tropics, gdzie byłyśmy pięć
razy. Jeżeli wydaje Wam się, że to dużo imprez jak na jeden tydzień, to zdradzę
Wam, że inni byli tam codziennie! Tak więc pod wieczór ponownie wychodziłyśmy
na miasto i wracałyśmy do hotelu przeważnie w godzinach porannych.



Imprezowo:



 

Jakub, Basia, Szymon, Krystian :)

W hotelowym basenie:

Wypady na miasto:

Zwiedzanie Lloret <3

Dżesika: Kurde, mogłam jednak zabrać strój!

Sylwia: Ja też. Tak strasznie chce mi się pływać!!

Nie taki smutny dzień wyjazdu :)

Do napisania :) 



Dwudzieste urodziny!
Link 29.08.2012 :: 23:09 Komentuj (0)
Te urodziny były wyjątkowe. Zaczęłam je obchodzić już na kilka dni przed ich właściwą datą, ponieważ moja Kasia zrobiła mi ogromną niespodziankę i upiekła smakowity tort z bitą śmietaną i świeżymi owocami :) Dwudziestego trzeciego sierpnia wyjechałam na kolejne wakacje!  
W ciągu ostatnich kilku lat mam szczęście spędzać urodziny przeważnie poza granicami Polski. Tak też stało się tego roku. Obecnie siedzę koło recepcji hotelu w słonecznej Hiszpanii. Już rok temu było wiadomo, że pod koniec sierpnia wyruszymy z Basią na kolejne wakacje, i tak jak rok temu byłyśmy we Włoszech, tym razem nasz wybór padł na Hiszpanię.  W tym roku jest o tyle fajniej, że dołączyła do nas Sylwia! Dziewczyny już z samego rana zaskoczyły mnie cudownym prezentem. Dostałam magnes na lodówkę (zbieram je z miejsc gdzie wyjeżdżam), wachlarz, bransoletki (oczywiście wszystko to założyłam od razu tego samego dnia) i mój ulubiony alkohol - Malibu. Spędziłyśmy leniwy dzień nad basenem, zjadłyśmy pyszny obiad na słodko i poszłyśmy na kolorowego drinka na plaży. Cały dzień minął w sielskiej i błogiej atmosferze. Na zakończenie dnia wybrałyśmy największy klub, jakim dysponuje Lloret de Mar. Urodziny stanowczo zaliczam do udanych! 
























Bakalandia!
Link 16.08.2012 :: 01:23 Komentuj (3)
Jeszcze przed maturą podzieliłam swoje wakacje niewidzialną linią na czerwiec i lipiec - czas, który wykorzystałam na nowe doświadczenia zawodowe do mojego CV, oraz sierpień i wrzesień: dwa miesiące wyjazdów! Póki co plan idzie świetnie, nie zdradzę planów na resztę wakacji, ale udokumentuję moje dotychczasowe podboje :-)

Tuż po maturze po żmudnych poszukiwaniach pracy udało mi się zaczepić w Strefie Kibica na Wrocławskim rynku, a już po Euro zahaczyłam się na nowo wybudowanym stadionie. Jestem bardzo zadowolona, ponieważ pracowali ze mną ludzie w moim wieku, poznałam wiele sympatycznych osób. Niewykluczone, że z niektórymi uda mi się utrzymać kontakt. Dodatkowo uważam, że dzięki temu naprawdę poczułam atmosferę Euro i niesamowicie było rozmawiać z tymi wszystkimi ludźmi po angielsku :D
Nie będę jednak mówiła o pracy, bo w końcu mamy okres wakacyjny!
Są miejsca, które uwielbiam i w których się dobrze czuję. Już teraz nie wyobrażam sobie wakacji bez województwa Świętokrzyskiego. Mam ogromne szczęście, że w 2008 roku Kasia zabrała mnie ze sobą na wieś do swojej cioci. W tym roku pojechałam tam szósty raz i planuję już we wrześniu kolejną podróż w okolice Włoszczowy, ponieważ kocham to miejsce i zawsze tęsknię kiedy stamtąd wracam do zatłoczonego Wrocławia. 
Czwartego września wstałyśmy z Kasią o piątej rano i już o godzinie jedenastej byłyśmy na miejscu. Odebrał nas jeden z wielu kuzynów Kasi. Jeszcze tego samego dnia odbyła się zakrapiana impreza urodzinowa Bartka, który dzień wcześniej skończył 21 lat. Z tej okazji prawie wszyscy zjechali się na wieś i było nas naprawdę sporo. Około 22 (czyli było wystarczająco dużo czasu, żeby alkohol zaczął nam szumieć w głowie) wszyscy się oburzyli, że nie przywiozłam ze sobą Sylwii, którą poznali już na Sylwestra. Ja okazałam skruchę wykonując szybki telefon i po kilku dniach Sylwia do nas dołączyła. W weekendy dom nawiedzało mnóstwo ludzi - Przemek, Adrian, Bartek, Łukasz, kolejny Łukasz, Monika, Karol i Ewa. Warto dodać że nasza trójka plus Bartek i Dominik była non stop w domu i zapewnialiśmy rozrywkę cioci Ewie. Rano siadałyśmy z dziewczynami i Przemkiem, piłyśmy gorącą herbatę obgadywałyśmy wszystko co się dało. Potem przychodził czas na pomaganie w domu, przerwę na kawę z ciastkiem i ponowne prace domowe. Przerobiłyśmy z 15 kilogramów ogórków na słoiki, obrałyśmy kilka wiader owoców i robiłyśmy marmoladę, pomyłyśmy wszystkie okna na piętrze. I wiecie co? BYŁO CUDOWNIE! Same szukałyśmy sobie pracy do wykonania, nikt nas do niczego nie zmuszał, słuchałyśmy muzyki i śmiałyśmy się aż bolały nas od tego brzuchy! Po obiedzie miałyśmy czas wolny, chłopaki kończyli pracę. Jeździliśmy do Parkowej na piwko, oglądanie meczy czy po prostu spędzaliśmy razem czas. Nie korzystałam zbyt często z komputera ani z telewizora. Nie miałam potrzeby sprawdzania czasu - wieś mnie odpręża, uwalnia od natłoku myśli. Zwalniam i cieszę się chwilą. W ostatnią niedzielę same urządziłyśmy wystawny obiad. Ja zrobiłam rosół, Kasia samodzielnie upiekła tort, który wszystkim bardzo smakował, a Sylwia obmyśliła koncepcję drugiego dania, czyli schabowy, ziemniaki i surówka. Brzmi banalnie? Może tak, ale za to jak smakowało!
Oprócz tego szkoliłam się w jeździe samochodem. Mam swoje ukochane Clio, ale na wsi przydają się duże auta, więc zabierałam Renault Espace'a i jeździłam do Przedboża, lub pożyczałam od Łukasza VW Turana i jeździłam do pobliskich sklepów. Czym większe auto tym lepiej się jeździ! 

Teraz zdjęcia :)

Mimi oczywiście była ze mną. Nazywaliśmy ją Mimi, Mimula, Mimeczka, Mima, Kurdupel. Uwielbiam mojego psa, chociaż na wsi zawsze głupieje. Bardzo ładnie bawiła się z dwoma labradorami. 


Pojechaliśmy wszyscy do fryzjera, Bartek i Dominik robili sobie nowe fryzury. Zanim skończyli ja pojechałam z Łukaszem po Adriana i Przemaka na stację, a dziewczyny zostały w salonie piękności Andrzeja, który zajął się ich włosami i za darmo podciął Kasi włosy i zajął się fryzurami dziewczyn :) 




Tworzenie naszego obiadu :)




Pląsy po obiedzie!

Wypoczynek w altance...




...na hamaku...



...no i deser <3


Od lewej strony:Kasia, Przemek, ja, Adrian. W szarej bluzie Bartek i różowej koszulce Dominik.

Na tym zdjęciu jest również kochana ciocia Ewa i oczywiście trzymająca za ramię Adriana, Sylwia. 

W drodze powrotnej panował taki ścisk, że dopiero w Katowicach udało nam się usiąść w przedziale.



Mimo że wróciłam wczoraj pod wieczór, z entuzjazmem przyjęłam wiadomość o krótkiej wycieczce. Dzisiaj moja rodzina zapakowała się rano do auta, podjechaliśmy po Sylwię i pojechaliśmy do Oświęcimia. Zwiedziliśmy oba obozy, zarówno ten z Auschwitz jak i z Brzezinki. Mimo bujnej zielonej trawy widok był ponury i przerażający. Złożyliśmy hołd ofiarom i w ciszy wysłuchaliśmy ich historii, której nie warto się uczyć na sucho z kartek papieru. Najgorsze dla mnie były zdjęcia małych dzieci, zwłaszcza dziewczynki ze łzami w oczach, która już zapewne domyślała się że czeka ją śmierć. Jeżeli jeszcze nigdy nie byliście w tym miejscu to wszystkim naprawdę polecam. Zakończyliśmy zwiedzanie i wyszukaliśmy restauracji w Krakowie, którą odwiedziła w Kuchennych Rewolucjach Magda Gessler. Okazało się, że lokal nie przetrwał, ale znaleźliśmy inne miejsce na pyszny obiad. Nie było czasu na zwiedzanie, ale obeszliśmy rynek i przespacerowaliśmy się obok Wawelu. 
W okolicach północy byliśmy w domu, a  teraz muszę pomimo późnej pory rozpakować walizkę z pobytu na wsi. Jak dotąd nie było na to czasu, zwłaszcza że jeszcze wczoraj wieczorem przyjęłyśmy z mamą gościa i znowu poszłyśmy spać w późnych godzinach nocnych. Uwielbiam wakacje! To najcudowniejszy okres w moim życiu :)
Pozdrawiam, trzymajcie się ciepło!



Studentki!
Link 12.07.2012 :: 20:03 Komentuj (0)
Witam wszystkich z deszczowego Wrocławia! Ponownie zawitała do nas burza, ale ja i moje koleżanki jesteśmy w bardzo wakacyjnych nastrojach :-) Przedstawiam wszystkim tegoroczne maturzystki i nówki nieśmigane studentki. Od prawej Sylwia, ja, Basia czyli uczennice Politechniki Wrocławskiej, i Marta która dostała się na SGGW!




Pozdrawiam, życzę udanych wakacji!! :-)

EDIT:
Nie mogę uczestniczyć w programie au pair, ponieważ przeszkadza mi to w moich dalszych planach. Nic więcej nie zdradzę, ponieważ nie chcę zapeszać a to postanowienie wymaga poświęcenia czasu i ciężkiej pracy :)


Matura!
Link 10.05.2012 :: 19:35 Komentuj (4)

Jestem już po półmetku matur! Jurto czeka mnie najgorsza, czyli ustny polski - strasznie się stresuję! Przeraża mnie chyba ta bliskość z komisją :) Jestem już po ustnym angielskim, dostałam 90%. Pewnie część się teraz dziwi że nie więcej? Zjadł mnie stres! Nie umiałam poskładać zdania, ale i tak jestem bardzo zadowolona. A może jednak moje umiejętności nie są takie super? Nie wiem, ciężko mi to określić :) Angielski podstawowy bardzo łatwy, sprawdziłam odpowiedzi w internecie i nie pamiętam mojej jednej odpowiedzi, ale reszta była dobrze. Teraz jeszcze muszę poczekać na sprawdzenie formy pisemnej, ale nie nie powinno być źle. Matmę pp policzyłam sobie na minimum 80%, bo nie wiem jak zaliczą mi pytania pod tytułem "udowodnij że". Polski pp też nie należał do najtrudniejszych, temat o Dziadach mi bardzo odpowiadał, ale i tak chwilę się zastanawiałam czy nie pisać z Lalki. Ogólnie póki co, bardzo optymistycznie! 
Podjęłam decyzję o roku jako au pair i po rozmowie z mamą, która boi się że jak znowu wyjadę na rok to już tam na zawsze zostanę, zmieniłam zdanie. Nieee, nie odwidziało mi się, ale wybieram Wielką Brytanie! Haha... Zawsze marzyłam żeby tam mieszkać, zwłaszcza że kocham namiętnie Harrego Pottera i nikt mnie nie musiał do tego specjalnie namawiać. Po prostu w chwili podejmowania decyzji zapomniałam, że przecież są jeszcze inne państwa niż USA. Trzymajcie się wszyscy cieplutko, ja zmykam by po bardzo wyczerpującym dniu uczyć się jeszcze na jutrzejszą prezentacje...
PS. Tak, po powrocie ze Stanów bardzo schudłam, ale nie wiem ile bo jak wróciłam unikałam wagi jak ognia. Na bank więcej niż dziesięć kilo, może coś około piętnastu? Bardzo lubię pytania  w komentarzach, nawet jeżeli są niecodzienne :)

Tablo klasowe - projekt Hani, kolorowanie moje i Dominiki.
Dzisiaj przed maturami.


I w przerwie pomiędzy egzaminami. Poszłyśmy na pyszny obiad do rynku i krótką sesję zdjęciową :)





Haha! Znalazłam dr Pepper'a :P Smak Ameryki.


I jeszcze dzisiejszy prezent! Rok temu straciłam rower, dzisiaj cieszę się nowym!


Dżesika 


Zebranie au-pair :)
Link 16.04.2012 :: 22:20 Komentuj (4)
Już w piątek mam zebranie w sprawie wyjazdu do Stanów. Wciąż się zastanawiam, mam na zmianę napady fascynacji i strachu :) Czytam blogi osób, które teraz są w USA, które podobnie jak ja dawniej odliczają dni powrotu do Polski. U mnie sprawa wygląda jednak inaczej - już raz to przeżyłam, wiem co mnie czeka, jestem gotowa psychicznie na taki wyjazd. Są we Wrocławiu ludzie, na których bardzo mi zależy i to oni sprawiają, że jeszcze się waham z ostateczną decyzją (nigdy w życiu nie podejrzewałabym, że spotkam takie dziewczyny ;-) . Póki co rozmawiałam z moimi Amerykanami. Russ nie przyleci, ponieważ ma kłopoty rodzinne, ale może uda się za rok. Myślę już o końcu roku szkolnego, o zbliżającej się maturze. Trochę się boję, nawał nauki, wrażenie że nic nie umiem, że zostało mało czasu, ale patrząc po znajomych to nachodzą ich podobne wątpliwości :) Dzisiaj rozmawialiśmy o maturze na angielskim. Panna Martyna powiedziała, że matura nie jest dla własnej satysfakcji, ale po to, żeby dostać pracę. Artyście nie jest jednak potrzebna, a ona jest artystką, więc sami wiecie :) Oczywiście podchodzi do egzaminu, ale póki co to nasz główny obiekt żartów (śmiejemy się, że jak coś pójdzie nie tak, to robimy kursy na wózki widłowe). 
Prawda jest taka, że obracam się wśród fajnych mądrych dziewczyn i na bank wszystkie zdamy, a potem dostaniemy się na wymarzone studia. O moich planach nic nie piszę, bo wiadomo - moje plany zmieniają się z prędkością światło, już sama za sobą nie nadążam. Jestem teraz pochłonięta zakończeniem roku szkolnego - mam sporo na głowie, módlcie się, żebym się wyrobiła!
Dzisiaj postanowiłam być sentymentalna! Znalazłam na stronie mojego klubu tanecznego (przestałam tańczyć w styczniu lub lutym 2009). Stardance to było moje ukochane miejsce na świecie. Ostatnio spotkałam mojego trenera Michała Skawińskiego i wspomnienia powróciły :) Dance equal LOVE!





powered by Ownlog.com