Image and video hosting by TinyPic
Sunshine State!
Link 11.08.2009 :: 01:22 Komentuj (6)


Czy wiecie, że marzenia się spełniają? Bo ja naprawdę w to wierzę! Chciałam trafić do gorącej Kalifornii, Arizony lub ciepłej Nevady. Tym czasem pakuję walizki i mniej więcej 20 sierpnia (muszę to jeszcze dokładnie ustalić z rodziną) wylatuję na FLORYDĘ!
O mojej Host Rodzinie wiem nie wiele. William jest emerytem, a Margaret panią domu. Mają trzy małe pieski, za to nie mieszkają już ze swoimi dziećmi. Domek ma trzy sypialnie, dwie łazienki, basen i... jacuzzi!
Armwood High School znajduje się w pobliskim miasteczku. Jeżeli chcecie, zapraszam na stronę internetową: http://armwood.mysdhc.org/. Witaj żółty autobusie!
Jeżeli rodzina się zgodzi, wylatuję w czwartek 20 sierpnia o 9:00 rano z Wrocławia, a o 22:18 jestem na Hali przylotów Tampa. Przewidywany czas lotu to 19 godzin i 18 minut, więc tylko i wyłącznie dzięki zmianie czasu dotrę na miejsce jeszcze tego samego dnia :).


: )
Link 13.08.2009 :: 23:33 Komentuj (4)
Pierwsze koty za płoty. Dwa dni temu nawiązałam pierwszy kontakt telefoniczny z Margaret. Przez dwie godziny starałam się dodzwonić do mojej rodziny goszczącej. Przez długi czas na staraniach się kończyło… „Przepraszamy, abonament zajęty”. W końcu zadzwoniłam do mamy:
„Dziecko, musisz robić coś źle”.
Przejrzałam jeszcze raz instrukcję obsługi. No co, do jasnej Anielki jest źle?! No tak, jedno zero za mało! Próbuję ponownie. „Przepraszamy, abonament zajęty”. Znowu telefon do domu.
„Dżesika, jutro pojedziemy do Perfectu, może masz zły numer”.
I nagle olśnienie! W dokumentach, w których podali mi numery telefonów, pomyśleli o kierunkowym wyłącznie na Florydę. Jeżeli chodzi o USA, trzeba dodać 001. Po raz pierwszy usłyszałam sygnał, ale odpowiedziała mi sekretarka.
Drugi telefon wykonałam tego samego dnia, około godziny 23. W Brandon była dopiero siedemnasta. Porozmawiałam sobie z Margaret, ale byłam podekscytowana i mówiłam dość szybko. Biedna Margaret bardzo się starała, ale miała problemy żeby mnie zrozumieć – zawinił mój akcent, a raczej jego brak. Tego samego dania wieczorem dostałam adres e-maila, ale że w ciągu dwóch dni nie dostałam żadnej odpowiedzi na moje listy, zadzwoniłam ponownie (jestem troszeczkę w gorącej wodzie kompana, nie cierpię czekać!).
Dzisiaj ponownie wykonałam telefon. Tym razem próbowałam mówić spokojniej i rozmowa wyglądała zupełnie inaczej! Dowiedziałam się, że Will wyjechał do innego miasta i wraca właśnie dziś wieczorem. Na święto dziękczynienia najprawdopodobniej pojedziemy do rodziny, do innego miasta. Często będziemy robić wypady do domku campingowego! To jeszcze nie koniec! Mają w swoim otoczeniu polaka! Martinowie mają dwoje wnuków, siedemnastoletnią dziewczynę i piętnastoletniego chłopca. Mówiła mi jak mają na imię, ale niestety zapomniałam. Wnuczka jest w moim wieku, na dodatek chodzimy do jednej szkoły, więc nie będę sama pierwszego dnia. Wielka ulga…
Plany się nieco zmieniły. Mam małe problemy z kupnem biletów, no i w niedzielę jadę do Berlina. Wracam w środę, czwartek ostatnie spotkania z przyjaciółmi (ach, Kasiu! Dlaczego Ty musisz jutro wyjeżdżać?! Baw się dobrze! Za nas DWIE! I uściskaj tam całą Bakalandię!). W piątek wielkie pakowanie, a sobotę spędzę w samolocie! Welcome to Brandon!


Aktualizacje :p
Link 16.08.2009 :: 10:00 Komentuj (2)
Wszystkie dokumenty gotowe, bilet zakupiony :) Piszę sobie z Billem (teraz już wiem, jak moja rodzinka skraca imię William, ja sugerowałam się „Piratami z Karaibów” i myślałam, że Will, ale byłam w błędzie). Nawet dostałam ich zdjęcie! Kandi i Russel (wnuki) wyglądają bardzo miło, pieski są słodkie a w ogródku mam palmę :p . Martinowie mają drugi dom w Zachodniej Virginii! Jedzie się do niego 14 godzin, ale oznacza to, że mam pewny stan do odwiedzenia!
Dzisiaj wyjeżdżam do Berlina, wracam w środę. W Polsce zostały mi tylko DWA pełne dni! 22 sierpnia wylatuję po siódmej z Warszawy, trzeba być dwie godziny wcześniej na lotnisku, więc muszę wyjechać w piątek o 23:30. W Tampie mam być o 3 w nocy w niedzielę (czasu polskiego), więc moja dłuuuga podróż, ma trwać 27 godzin!
Uzbrojona w aparat fotograficzny wyruszam na podbój stolicy Niemiec!


Berlin
Link 19.08.2009 :: 20:50 Komentuj (6)
Na wstępie pytanie do tych, co znają się na komputerach! Coś psuje się w archiwum! Jestem pewna, że mój blog funkcjonuje jako "Publiczny", a mimo to nie można powracać do innych miesięcy!

Padło pytanie, dlaczego moja podróż ma trwać aż 27 godzin. Zanim wsiądę do samolotu spędzę 5 i pół godziny w samochodzie, potem 2 bezczynne godziny na odprawę, potem dwugodzinny lot i znowu czekanie na lotnisku. W Atlancie będę musiała czekać aż cztery i pół godziny! Moja cierpliwość będzie poddana próbie, ale cieszę się, że potem już tylko godzina i trzydzieści minut i jestem na miejscu!

Dostałam wiadomość od koordynatora (Carl Murphy, nie Eddy Katarzyno!)i będzie na mnie czekał z moją rodzinką goszczącą. Moja fundacja i koordynator wysłali mi bardzo fajne listy, w których pisali, że nigdy nie będę sama i w razie czego mogę na nich polegać. Wiem, że póki co to tylko gadanie (a raczej pisanie), ale i tak miło się czyta coś takiego :).

A teraz Berlin!
Na zmianę jadłam, piłam, ewentualnie chodziłam od restauracji do restauracji...
Mi podobało się robienie zakupów. Mój tata cieszył się, że mnie widzi, a mama...
Mama była mniej wymagająca i zachwycała się małym, podręcznym, nie elektronicznym odkurzaczem. Możecie to cudo podziwiać poniżej ^^.


Pierwszego dnia zjedliśmy na śniadanie same słodkości. Specjalnie wybrałam amerykańskie ciasteczko (to nadgryzione).


Trochę zabytków.

Parlament



Brama Brandenburska



Fani Michaela Jacksona! Poznajecie ten hotel?!


Moja ulubiona budowla na Kudammie!(A przy okazji moja mama)



Pyszne, świeże owoce!



Ja i tata, zajadamy się gorącymi naleśnikami z Nutellą i bananami. Że z czekoladą, to chyba widać po moich ustach!


Teraz się trochę pochwalę moimi słuchawkami w kształcie serduszek. Uwielbiam takie gadżety!




I na koniec amerykańskie akcenty!



W drogę!
Link 21.08.2009 :: 14:01 Komentuj (8)
U mnie w domu funkcjonuje powiedzenie Komu w drogę, temu kopa! Właśnie kończę się pakować, chociaż co chwilę orientuję się, że czegoś nie zabrałam! Nie wiem jakim cudem, walizki wcale nie ważą tak strasznie dużo :). Mam szczęście, że trafiłam do ciepłego stanu, bo moje zimowe ciuchy przejęła mama, a i mi kapnęło kilka jej rzeczy.



Jeżeli chodzi o prezenty, dla mojej rodziny, to nie chciałam dawać im tego, co dają wszyscy. Zawsze muszę trochę pokombinować i fakt, mam dla nich portfolio o Wrocławiu, ale zostało ono wykonane prze mnie. Tak więc prezent jest naprawdę od serca i kosztował mnie sporo czasu i wysiłku, aby to jakoś wyglądało, zwłaszcza, że sama robiłam zdjęcia, a nie mam zdolności fotograficznych, nie wspominając ile się po Wrocławiu nachodziłam :). Mam jeszcze trochę słodkości, ale tym razem zaufałam specjalistom i nie wiozę własnych wypieków!




Jeżeli chodzi o sam lot, to jestem trochę przerażona! Nie wiem, jak to będzie na lotnisku. W Berlinie wszystko było tak oznakowane, że nawet ja bym się nie zgubiła. Podejrzewam, że tam też tak będzie, więc jakoś dam sobie radę!

USA
Link 25.08.2009 :: 22:22 Komentuj (5)
Ludzie! Udusicie mnie, ale póki co zdjęć nie będzie. Zapomniałam zmienić ładowarkę (od komputera nawet nie wzięłam, błagam nie komentujcie mojej głupoty!). Jest cuuuudownie! Wyobraźcie sobie, że przed snem idziecie do basenu, a potem do jacuzzi!Mój host brat uczył mnie wczoraj grać na gitarze elektrycznej! Współczuję mu! Jestem muzycznym beztalenciem :) .  Lot udany, nie można się zgubić na lotnisku, ale trochę długawy. Latynos którym leciałam do Tampy chciał mi nawet udostępnić telefon, ale już po trzech minutach zobaczyłam moją rodzinkę goszczącą. Przy okazji, do Paryża leciałam z Katarzyną Figurą!! Martinowie są bardzo mili, ciągle życzą mi dobrego dnia i pytają czy czegoś nie potrzebuję. Starają się mnie zrozumieć i już wcześniej mieli dwie dziewczyny z wymiany. Mój angielski PODOBNO nie jest zły, i owszem, rozumiem nauczycieli, ale za nic w świecie uczniów mówiących slangiem, zwłaszcza czarnoskórych. Coś strasznego. Szkoła jest jakieś trzy razy większa od mojej, a lunch przypomina mi szkołę przetrwania. Jeżeli chodzi o ruch na korytarzach, to pasuje tu tekst z gimnazjum "ruch jak na Świebockim" (chodzi o stary Wrocławski dworzec, gdzie teraz znajduje się targ i można tu kupić dosłownie wszystko). 27 sierpnia mam urodziny i wszyscy pytają się do jakiej restauracji chcę iść, albo co chcę dostać! Czuję się głupio, chyba bym wolała, żeby nic nie wiedzieli. Poznałam juz domowe zasady, np. kiedy mowa o dziewczynkach, wiem że chodzi o pieski. Na obiad najczęściej jemy coś z grilla, mięso, ziemniaki i warzywa. Całkiem smaczne :) . Dzięki za miłe słowa w komentarzach, postaram się coś wykombinować z aparatem, a za tydzień w sobotę jedziemy z Billem i Russellem na łódkę! Super, zwłaszcza że mają coś w stylu banana do ciągnięcia, z tym że to jest dla dwóch osób i jest okrągłe. 
Jessica <- tak muszę się podpisywać w szkole. Jak w Polsce zdarzały się problemy z imieniem, tak tutaj nikt nie potrafi wymówić mojego nazwiska.



Szkoła
Link 26.08.2009 :: 23:21 Komentuj (9)
Dzięki za miłe słowa :) W szkole jest SUPER. Na początku się strasznie bałam, przybrany brat podśmiewał się ze mnie, bo aż wyginałam palce z nerwów, ale wszystko jest już ok. Nie mam problemów ze znalezieniem klas - wszystkie są rozmieszczone w bardzo logiczny sposób. Lunch to bardzo specyficzny czas. W szkole jest ponad 3 000 uczniów i w czasie posiłku jesteśmy podzieleni na trzy grupy. Nie ma zbyt dużego podziału jak na filmach, bo jest nas za dużo, do tego są baaardzo długie stoły. Biali trzymają się raczej razem, a czarni razem, ale to nie jest regułą, ponieważ ja ze względu na moje przybrane rodzeństwo jestem w mieszanej grupie, a właściwie większość to czarni, np. futbolista wielkości 2x2 z małym plecaczkiem z superbohaterami, któremu mamusia robi kanapeczki z masłem orzechowym i dżemem :) . Nie mam z nimi lunchu, ale mówię teraz ogólnie, przed i po szkole. Nauczyciele są mili, na pierwszej lekcji czytają listę i sto razy powtarzają, że jeżeli nazywasz się Lily, ale wolisz żeby mówili do ciebie Sweet Sugar, to nie ma problemu. 
Dzisiaj na historii powiedziałam, że jestem z Polski, a Josh zapytał się inteligentnie, czy mówię po Polsku! Cała klasa go wyśmiała, pani kazała się zastanowić, czy on umie mówić po Angielsku i samemu odpowiedzieć sobie na to pytanie. Na angielskim przerabiamy temat American Dream i mówimy o tym, jaką to ostoją są Stany. Jeżeli mam być szczera, to już mnie to irytuje, bo ile można gadać jak cudownie jest w U.S. i jak biedni ludzie z całego świata uciekają do Ameryki. 
Co do pogody, to kiedy rano wstaję i wychodzę do szkoły chodniki są mokre, teraz np. mamy burze, wczoraj też była, wieczorem padało, ale w basenie mimo wszystko jest ponad 30 stopni Celsjusza, więc opady nie przeszkadzają w niczym. W powietrzu czuć wilgoć, ale właściwie wszystkie pomieszczenia są klimatyzowane :)
Moja książka od historii ma 1 100 stron i jest STRASZNIE ciężka.
Pozdrawiam, Jess (obchodząca jutro urodziny!)

PS. Dostałam już kartkę urodzinową od koordynatora, oprócz tego wybieramy się do Tampy do restauracji. Zapowiada się miły wieczór!


Zdjęcie
Link 28.08.2009 :: 04:28 Komentuj (4)
Zdobyłam jedno! W jacuzzi :) 

 
 

Z Russellem (15).
Kandi jest w moim wieku.
W szkole jest drobny podział, ale nie ma rasizmu (!), wszyscy są dla siebie bardzo mili :).
Urodziny super! Nauczyłam się grać Happy Birthday na gitarze elektrycznej!


Życie jak w Madrycie!
Link 29.08.2009 :: 22:04 Komentuj (5)
Dzięki Kasiu, za wyczerpujący komentarz! Już mi się trochę tęskni za 1G. Oto odpowiedzi na pytania:
1) Russ jest wnukiem moich opiekunów. Kandi to jego siostra, cała tajemnica :)
2) Jaki podział? Podział, to zbyt duże słowo. Biali ludzie trzymają się raczej razem, czarni też, ale to nie oznacza, że są dla siebie nie mili czy są jakieś napięcia. Wydaje mi się, ze to wypłynęło naturalnie, ze względu na różnorodność kultur. Jestem zachwycona różnorodnością w zachowaniu i ubieraniu się ludzi. Tu nic nie jest nie na miejscu. Różowe, czerwone, czy niebieskie włosy są ok. Paczka ludzi ma metki z cenami przy wszystkich ubraniach. Chłopak trzyma grzebień we włosach, bo lubi się często czesać, a dodatkowo jest to częścią historii czarnych, można to zaobserwować nawet na starych filmach. To wszystko jest tu w porządku. Nie trzeba się wstydzić, czy źle czuć! Super!
Jeżeli chodzi o moje spostrzeżenia, to kiedyś przeczytałam, że w USA będę zdana tylko na siebie. Nie prawda! Nie ważne jaki mam problem, zawsze ktoś mi pomoże. Nie miałam temperówki, a tutaj pisze się tylko ołówkami, więc Russ pobiegł do domu obok po swoją (Russell jest naszym najbliższym sąsiadem). Nie wiedziałam jak się obsługiwać szafką, obcy chłopak podszedł do mnie i mi pomógł! Kandi 40 minut uruchamiała mój telefon komórkowy! Ania, która spędziła rok w Stanach, napisała że owoce są drogie i nie smakują jak owoce. Tak pysznego arbuza jak tutaj jadłam 5 lat temu w Turcji!
Uwielbiam to miejsce. Wczoraj byliśmy na spóźnionym objedzie urodzinowym we włoskiej restauracji. Rewelacja!
A teraz to, na co wszyscy czekają!

Tym samolotem przyleciałam do Tampy!
 


 Moj plecak z "podręcznikami"

 

 Prezenty!

 

Z Ashley :) . Byłyśmy ciągnięte przez motorówkę.
 
 
Kandi! Jedyna, niepowtarzalna, szalona! 

Dzięki za wszystkie życzenia! Dżesika


powered by Ownlog.com