Image and video hosting by TinyPic
Czerwiec- lipiec :)
Link 26.09.2011 :: 21:35 Komentuj (3)

Nie wspomnę ile już razy chciałam napisać tą notkę, ale
lenistwo brało górę. Przepraszam wszystkich, którzy czytają, w tym
najwierniejszą fankę – kochaną ciocię Anię :) .



Okres wakacji był burzliwy, bo choć wyjazdy były tylko w
trzy miejsca, to wszystkie spędzone były bardzo intensywnie i w miłym
towarzystwie. W najpiękniejszych chwilach często nie miałam przy sobie aparatu,
ale to w końcu mój pamiętnik, więc nie odmówię sobie drobnych historyjek czy
przemyśleń na niektóre tematy, a zwłaszcza 
na jeden – Włoch. Ale to w kolejnej notce, bo opiszę wszystko
chronologicznie i w dwóch częściach.



Zacznę jeszcze od czerwca. Jedenastego, moja jedna z
najbliższych koleżanek z klasy obchodziła urodziny. Należy im się opisanie, bo
były zrobione z sercem. Przeciętna osiemnastka w klubie ma to do siebie, że
ludzie kupują marne prezenty, nie do końca wiadomo, kto ma urodziny,  w poniedziałki chodzi się nie wyspanym, bo
przecież 99% z nich jest z niedzieli na poniedziałek, a kończą się w godzinach
rannych.  Solenizant wykosztuje się na
zorganizowanie lokalu, a następnego dnia połowa ludzi siedzi na kacu i
zastanawia się jak wróciła do domu (wiem, moja ocena jest subiektywna i krzywdząca,
bo byłam też na jednej imprezie, gdzie było naprawdę super – „szacun” Ala i
Ola).



Wszystko oczywiście działo się w biegu, ja i Marta
pobiegłyśmy po prezent do Magnolii, jeszcze przed czasem zapukałyśmy do drzwi
Basieńki. Jako pierwsze nieśmiało witałyśmy się z siostrą B. – Agą i ich wspólną
przyjaciółką – Beatą. Szybko dołączyły do nas dwie Anie i już byłyśmy w
komplecie. Małe, ale dobrze zgrane, lub szybko zgrywające się towarzystwo.
Pyszne jedzenie. Tort, nad którym mama solenizantki spędziła kilka godzin (tak
przynajmniej smakował i wyglądał). 

Aga, Beata, ja, Marta, Ania, Basia.

Agnieszka, Beata, zdegustowana Marta i trzy wariatki: Ania, Dżesika i Ania. Miały być głupie miny, to są :P



Potem przyszedł upragniony koniec roku szkolnego. Wszyscy
jesteśmy oficjalnie 3d – nikt się nie wykluczył, i znowu jestem przewodniczącą
klasy, ale „awansowałam”, bo z przymusowego stałam się prawie dobrowolnym, a
wyglądało to mniej więcej tak:




Wychowawczyni:
Kto chce być w trójce klasowej?



Cisza, każdy
patrzy na ławkę. Nikt nie chce być zauważony.

Wychowawczyni:
No dalej, ludzie! Kto chce być w trójce klasowej?



Wciąż nikt
się nie odzywa, a u nas to rzadkość.  Ja
przypominam sobie jaką fajną książkę dostałam na koniec poprzedniego roku za
sprawowanie tej funkcji, przydała by się jeszcze jedna. Może do kompletu
serii…?



Wychowawczyni:
Nie chcecie po dobroci, to wybiorę siłą, zaraz kogoś znajdziemy.



Dżesika:
Jeżeli pani i klasa się zgodzi to mogę być w trójce klasowej.





Przyjęli moją propozycję głośnym tak, Ania się zgłosiła na
zastępcę, co zostało przyjęte jeszcze bardziej pozytywnie, a po krótkim SMS-ie
okazało się, że Marta może być skarbnikiem. Władza w naszej klasie jest w
babskich rękach :-)



No ale miało być chronologicznie, a ja już opisałam
pierwszego września. Powróćmy do wakacji. Tak naprawdę były bardzo samodzielne,
tylko trzy dni spędziłam na wyjeździe z mamą, a resztę rządziłam się sama. Z
początku lipca nasz babski team wybrał się do Kołobrzegu. Marta opiekuje się
tam swoim ukochanym koniem, Enejdą, przez co spędza tam cały swój wolny czas od
szkoły. Pogoda wyjątkowo nie dopisała, ciągle padało i było zimno chyba tylko z
dwoma wyjątkami, ale mając takie towarzystwo nie można się nudzić. Pierwszego
dnia urządziłyśmy sobie zabawę w berka na plaży, przez co Martę rozłożyło,
zjadłyśmy też fajną rybę i  ogarnęłyśmy
dojazd do miasta. Już następnego dnia spotkałyśmy się wszystkie na rynku –  Marta mieszkała w wiosce obok, ja, Basia i
Ania w spokojnej dzielnicy miasta. Zwiedziłyśmy czekoladziarnię i
minimalistyczne centrum handlowe, porobiłyśmy zdjęcia ważnym budynkom i
przekonałyśmy się, jak wielki jest Wrocław (zabawne, dla mnie moje miasto staje
się duże dopiero wtedy, kiedy jestem w jakiejś innej, mniejszej miejscowości).
Kolejnego dnia nie zrażone brzydką pogodą poszłyśmy na plażę, aby w końcu
przywołać do siebie ciepłe promienie słońca. Po kilku dniach szamańskich
wyczynów, niezliczonych partii gry w karty i wiecznego marznięcia doczekałyśmy
się pogody! Biegałyśmy na plażę, następny względnie ciepły dzień spędziłyśmy w
okolicach molo i deptaku. Iwona Pawlovic prowadziła warsztaty taneczne, na
poziomie baaaaaardzo podstawowym, ale dopóki tłum nie stał się bardziej
agresywny, nie deptał i nie bił przy wymachach rękami, to było bardzo
fajnie. 

Enejda


My jeździłyśmy na Małej Mi :)

Ja zaczęłam tradycyjnie już - na lonży. Po kilku źle wykonanych ćwiczeniach w stępie przeszłyśmy do kłusa. Już po chwili Marta dała mi wodze do rąk, kazała kilka razy poskręcać, skorygowała błędy i... JEŹDZIŁAM SAMA :) Koń chodził pięknie, słuchał się najdrobniejszej komendy i próbował dzielnie zrozumieć moje nieudolne sygnały jakie dawałam jej łydką :p Marta ochrzaniła mnie, że nie powiedziałam jej, że umiem jeździć, a ja przecież mówiłam, ze jako tako trzymam się na koniu, tylko że znowu miałam długą przerwę, bo ostatnio jeździłam na "dziko" jeszcze w Stanach :)

Profesjonalna sesja zdjęciowa w lumpeksie! Ja ubierałam Anię, Ania Basię, a Basia mnie. Weszłyśmy bo miałyśmy za cel znaleźć fajnie białe spodenki. Ku naszemu zdziwieniu w tym sklepie znalazłyśmy tylko tego typu ciuch, a przecież w takich sklepach można odszukać perełki do naszej garderoby, których nikt oprócz nas nie będzie miał!


Ta drzemka na plaży była przygotowaniem do Włoch, ale o tym później :D

Po mojej minie można wywnioskować, że coś mi brzydko pachnie, ale NIE! Ludzie zasłaniali mi panią Iwonę!

Ciao!



powered by Ownlog.com