Nie bierzcie tego filmu zbyt poważnie :) Tak jak zauważyła Sylwia, wstałyśmy bardzo wcześnie. Jeszcze przed wyjazdem do Hiszpanii uznałyśmy, że nie wykupimy wycieczki do Barcelony, ale pojedziemy tam same i zwiedzimy ją we własnym tempie. Plan wycieczki był bardzo intensywny, a kontuzja Sylwii nie pozwalała jej na szybkie chodzenie. Z Wrocławia zabrałyśmy przewodniki i mapy (a właściwie dziewczyny zabrały, ja zawsze wychodzę z założenia że wszystko się jakoś samo dobrze ułoży :-). Na dzień przed wyjazdem sprawdziłyśmy na stacji rozkład autokarów. Nic nikomu nie mówiąc wyjechałyśmy pierwszym rannym autobusem. Po godzinie dojechałyśmy do celu i zaczęłyśmy zwiedzanie. Na pierwszy rzut poszła katedra Sagrada Familia. Z początku się zdziwiłyśmy, że nie wygląda tak okazale jak na zdjęciach, dopiero potem uświadomiłyśmy sobie że oglądamy ją od tyłu. Uradowane, z pierwszymi zdjęciami na karcie pamięci ruszyłyśmy PIESZO  do parku Guell, gdzie podziwiałyśmy projekt Antonio Gaudiego. Na najdłuższej ławce zjadłyśmy drugie śniadanie. Sylwia która już zmęczyła trochę swoje kolano usiadła w kafejce, a ja z Basią obeszłyśmy park. Gdy skończyłyśmy, zmęczone zjadłyśmy lody, zregenerowałyśmy siły i poszłyśmy na przystanek autobusowy. Komunikacją miejską miałyśmy wybrać się na najbardziej znaną ulicę Barcelony. La Rambla przez chwilę stała się celem nieosiągalnym. Jadąc autobusem Sylwia wysłuchała rad pewnej przemiłej pani jak tam dojechać. Niestety mówiła ona po hiszpańsku, nie skumała też jak Sylwia jej mówiła że nie rozumie i dalej tłumaczyła jak mamy iść. Zrozpaczona Sylwia kiwała więc głową i próbowała zrozumieć cokolwiek, mimo że w życiu nie uczyła się Hiszpańskiego. Pani wysiadła a Sylwia wyjrzała przez okno i powiedziała, że na pewno jesteśmy blisko bo poznaje już fontannę. Wysiadłyśmy na pętli i z mapą w ręku ruszyłyśmy (jak się później okazało) w zupełnie przeciwną stronę niż nasz cel. Po drodze pytałyśmy się ludzi o drogę, ale oni przeważnie nie znali angielskiego. Po 1,5 godzinie znalazłyśmy młodą kobietę, która wytłumaczyła nam, że mogłyśmy krążyć po mieście, bo są dwa miejsca o takiej nazwie i ludzie mogli nas na zmianę wprowadzać w błąd. W sumie od opuszczenia bram parku do dotarcia na La Ramblę minęło 2 godziny. Szybko minęły nam złe humory, Sylwia poleciała pobuszować w sieciówkach, a ja i Basia odkrywałyśmy uroki kulinarne Barcelony. Jadłyśmy ośmiornice, krewetki, różne rodzaje kiełbas i owoce. Nie zapomniałyśmy też o tradycyjnych słodyczach, które smakowały dokładnie jak te, które zawsze jadam w Turcji. Kupiłyśmy sobie koszulki "I love Barcelona". Jestem mistrzem targowania się. Rekord pobiłam w Turcji, gdy zeszłam z 50 euro do 10, ale w Hiszpanii też ubiłam niezły interes, bo zamiast płacić 15€ za sztukę, zapłaciłam 7€. Byłam bardzo usatysfakcjonowana. O godzinie osiemnastej spotkałyśmy się, poszłyśmy w okolice Dworca Północnego. Po drodze okazało się, że fontanna którą widziała Sywia z autobusu znajduje się na samym początku naszej ulicy.  Przed wyjazdem napiłyśmy się jeszcze drinka. Poprosiłam o Malibu z mlekiem. Barman był tak zdziwiony takim drinkiem, że policzył mi naprawdę mało. Do Lloret wróciłyśmy wykończone, za to bardzo szczęśliwe. Zwykłe zwiedzanie zamieniłyśmy w małą przygodę. Gdy oglądam te zdjęcia w kolejności chronologicznej widzę że wyglądamy gorzej i gorzej, ale mam wrażenie, że z każdą minutą bawiłyśmy się lepiej. 






































P.S. Gdy wróciłyśmy było już ciemno :)

Name:

Komentarze:

17.11.2012, 21:24 :: 178.43.177.69
Studnia
Ladne fotki fajny blog :)